Jagoda Komorowska w rozmowie z Joanną Przetakiewicz

Nie polecam czytać tego tekstu osobom, które: brylują na pokazach mody, cocktailach, bankietach, robią zdjęcia na ustawkach, które się przebierają a nie ubierają, wiedzę swą jak się ubierać, czerpią od najsławniejszych blogierek, które mało, że roztaczają zły gust kiczowatą aranżacją, to jeszcze go powielają utrwalają i "rozmnażają" poprzez własne autorskie kolekcje.

GO FOR IT

La Mania po włosku oznacza szał, szaleństwo, obłęd. Taką intrygującą nazwę, wymyśliła przed trzema laty, dla swojej firmy Joanna Przetakiewicz. Identyfikuje się ona idealnie z polskim słowem mania... i nieustająco dopinguje do tworzenia z pasją.

Jagoda Komorowska: Sukces, jaki Pani osiągnęła w tak krótkim czasie, nadaje się do księgi Guinessa. Moją manią od lat też jest moda, ale o takim ewenemencie nigdy nie słyszałam. Jak to się stało, że w czasach, kiedy większość domów mody serwuje niemal identyczne banalne łaszki, Pani na przekór, odważnie, kroczy własną drogą, proponując ubiory proste, wytworne o architektonicznej formie łatwej do aranżacji, szyte do tego z niepospolitych tkanin. Podpowiada Pani nowy klucz do sposobu ubierania się. Czy to konsekwentne podejście okazało się strzałem w dziesiątkę i chwyciło za serce klientki?

Joanna Przetakiewicz: Pierwotna idea La Manii powstała z moich osobistych potrzeb i doświadczeń. Mniej więcej dziesięć lat temu, zaczęłam dużo podróżować i chciałam łączyć funkcjonalność swoich ubrań z oryginalnymi projektami. Miałam ambicje wyglądać modnie i nie wyobrażałam sobie noszenia bawełnianych, bezkształtnych worków. Mimo to, przez długi czas popełniałam ten sam błąd, kupując modele "z okładki Vogue". Okazało się jednak, że nie tylko nie czułam się w nich dobrze, ale na dodatek zdarzało mi się spotykać inne osoby tak samo ubrane. W związku z tym, zaczęłam szukać sukienki z marzeń w swojej wyobraźni. I udało się! Zaczęłam od dwóch sukienek: „białego dzwonka„ i sukienki z dekoltem, dopasowanej na górze, od pasa szytej z pełnego koła z kieszeniami. Ta sukienka okazała się wspaniała i stanowi jakby bazę do rozwijania mojej wyobraźni. Najpierw uszyłam szarą, bo jako blondynka, dobieram dla siebie delikatniejsze kolory, potem granatową i czarną. Zaczęłam je rozwijać - z tej z dekoltem, wymyśliłam bezrękawnik, potem dodałam rękawy, stworzyłam wariant sukienki z dużym dekoltem w kształcie V, z rękawami, które potem poszerzyłam. I tak, dzięki wyobraźni, ewoluowała wymyślona wiele lat temu… ta skromna sukienka…

J.K: Historia mody wskazuje na ojców tych pomysłów, kojarzą mi się z latami 50 i 60. Cardin i Courreges?

J.P.: Dokładnie tak! To jest tak naprawdę DNA naszych projektów, które zastąpiło w moich walizkach ubiory Prady, Chanel, czy Louis Vuitton.

J.K.: Od kiedy odkryła Pani w sobie tę manię? Czy ma jakieś źródło rodzinne?

J.P.: Modą zaraziły mnie mama, ciocia i babcia, które były niesamowicie manualnie uzdolnione. W każdy niemal weekend jeździłyśmy z ciocią do Otwocka do krawcowej Pani Stasi. Były to cudowne lata łączące się z wspomnieniami pięknego ogrodu, w którym oglądałyśmy „Vogue”, zazwyczaj nieaktualne wydania, ale to nie miało dla nas żadnego znaczenia. W tych czasach, najlepszym prezentem dla mnie, było kupno materiału. Pamiętam, że mając 9 lat, w 3 klasie szkoły podstawowej, wymyśliłam bardzo wąskie bojówki z kieszeniami na bokach i do tego maleńką kurteczkę.

J.K.: Pani ulubiony kreator?

J.P.: Mam kilku: Azzedine Alaia jest najczystszy, w swojej prostocie form i proporcjach, lubi „grać” skosami, perspektywą, ceni miękkość i zmysłowość tkanin, która pozwala w tym samym stroju iść do dyskoteki i na zakupy. Uwielbiam też Thierry Mugler.

J.K.: Spodziewałam się, że na pierwszym miejscu wymieni Pani, swojego przyjaciela kreatora wszech czasów, Karla Lagerfelda?

J.P.: Karla uwielbiam, przed laty pracowałam z nim przy dużym projekcie, zaprzyjaźniliśmy się i mam do niego ogromne zaufanie. Dlatego moje pomysły, na dalsze życie zawodowe, poddawałam pod jego osąd. Pomysłów nigdy mi nie brakowało, ale ostatecznie to on mi pomógł zadecydować jaką obrać drogę. Kiedy np. chciałam zakładać wielki koncern w Londynie i pół roku nad tym pracowałam Karl powiedział mi „nie rób tego, to jest dla ciebie zbyt mało kreatywne, będziesz tylko kupowała i wybierała rzeczy innych projektantów a nie tworzyła ich” i odwiódł mnie od tego pomysłu. Natomiast gdy kilka miesięcy później, pokazałam mu natomiast własne projekty ubiorów i zapytałam czy mogę otwierać firmę, powiedział od razu „GO FOR IT” i dodał:, „bo wiem jak się ubierasz, jaki masz gust, jak miksujesz rzeczy. Nawet często przy nim nosiłam rzeczy Chanel połączone z ubraniami sieciowych marek i to mu się podobało. Podobał mu się także, pierwszy katalog po sesji zdjęciowej, zwrócił jednak uwagę na to, że modelka miała za dużo włosów, które zasłaniały dekolt. Zrobiłam z nim kilka filmów, promocyjnie nagrał swoje życzenia dla mnie i La Manii, wspiera mnie cały czas wiem, że mogę na niego liczyć. Stephane Rolland jest równie wspaniały, niestety jego linia Pret a Porter ze względu na wymogi chwili, na dominującą w naszym życiu komercyjność, przeznaczona jest głównie dla arabek. Dlatego pewnie swój pierwszy butik otworzył w Abu Dabi!

J.K.: Teraz to chyba jest najbardziej wymarzone miejsce dla świata mody z każdego punktu widzenia?

J.P.: To prawda. Wszyscy starają się zaistnieć na tym rynku. Niedawno byłam na Islamskim Fashion Week, który odbywał się podczas Paryskiego Tygodnia Mody w ekskluzywnym hotelu George Sand. Obejrzałam 16 pokazów. Były niezwykle ciekawe, kolorowe, a dzięki haftom i koronkom kojarzyły się z modą Elsy Schiaparelli i Lacroix. Miałam okazję przyjrzeć się klientkom z tego rejonu i najważniejszym postaciom z francuskiego świata mody. Kiedy weszłam na salę o mało nie krzyknęłam z wrażenia na widok pięknych, kolorowych, zdobionych haftami kreacji. Były nieprawdopodobnie bogate i drogie, od najsławniejszych kreatorów, zaaranżowane migocącymi w światłach, najdroższymi diamentami świata. Podczas gdy ja miałam na sobie sukienkę prostą, krótką z dekoltem, o linii A od połowy pleców do wysokości kolan, zdobioną trenem z małym bolerkiem pod szyję, otwartym na plecach. Byłam bez żadnych ozdób, a włosy uczesałam gładko w bardzo mały koczek. Tylko ja i dyrektor domu Dior, która wystąpiła w klasycznym granatowym małym garniturku i butach na płaskim obcasie, byłyśmy ubrane inaczej. Ta nasza inność, wywołała na sali niemal sensację. Reakcja była niesamowita. Kobiety podniosły się z miejsc, robiły zdjęcia i pytały, z jakiej firmy, pochodzi moja kreacja. Miałam wrażenie, że niektóre z nich patrząc na moją nobliwą stylizację, chętnie zamieniłyby się ze mną. Sytuacja ta potwierdziła moje wieloletnie spostrzeżenia, że wiele kobiet w trosce o swój wygląd, popełnia często ten sam błąd i nie ubiera się, a przebiera. Na przykład, znam kobiety, które ubrane do południa bardzo prosto, wyglądają wspaniale a wieczorem, kiedy się ufryzują, wymalują, obwieszą biżuterią założą sukienki, które kompletnie nie są dla nich, wyglądają gorzej i starzej. Niewłaściwie dobrana stylizacja, zamiast podkreślić ich urodę, przekreśla ją.

J.K.: Umiejętność aranżacji jest niełatwa i wymaga, nie tylko poczucia piękna, świadomości tego, co na czasie w modzie, ale i pracy nad sobą a nasz wysiłek nie tylko powinien być niezauważalny, ale ma sprawiać wrażenie nie wypracowanej naturalności.

J.P.: Dla mnie najważniejszy, choć często trudny do zaaranżowania, jest minimalizm. Myślę, że w przyszłości skrajny wręcz minimalizm będzie coraz częściej dochodził do głosu. Na przykład w tej chwili trend androgeniczny – męski, wygląda wspaniale, ale dla mnie tylko i wyłącznie wówczas, gdy jest zinterpretowany oryginalnie i po kobiecemu.

J.K.: Tkaniny?

J.P.: Tkaniny kocham! Właśnie dlatego stanowią one znak rozpoznawczy La Manii. W przeciwieństwie do mody lansowanej od lat, do ubrań koktajlowych i wieczorowych używamy tkanin bardzo matowych, miękkich typu kaszmir czy wełenki albo nowoczesnych mieszanek. Nie lubię tkanin błyszczących, haftowanych, koronek.

J.K.: Sukienka, którą ma Pani na sobie zachwyca mnie od pierwszej chwili. Jej prostotę i wdzięk podkreślają: niepospolitość tkaniny, miękkiej jak kaszmir i rękawy rozszerzane na dole z podwiniętymi mankietami. Tkanina ta w naszym kraju jest chyba zupełnie jeszcze nieznana?

J.P.: To prawda. Jest to prototyp bawełny firmy japońskiej, która produkuje najlepsze dzianiny na świecie. Niedawno, gdy byłam we Florencji na studiach podyplomowych, jeździłam ze swoimi wykładowcami na targi tkanin i tam udało mi się kupić dwumetrowy kupon. Wiele moich stałych klientek już ustawiło się w kolejce… Lubię też geometryczne wzory. Mogę zdradzić tajemnicę, że ostatnio podczas pobytu w Londynie zafascynowałam się obrazem, który przypomina malarstwo Wojciecha Fangora i składa się z trzech kół, które są w sposób optyczny roztarte, tworzą op art z trzech kolorów: kobaltu, czarnego i białego. Jest to coś nieprawdopodobnie pięknego i postanowiłam zrobić dokładnie taki sam druk w kolekcji jesienno-zimowej 2014/15 roku, na matowym jedwabiu. Myślę, że mogą być uszyte z tego piękne koszule.

J.K.: Pani kolekcje są wyłącznie dedykowane, osobom niezwykle szczupłym?

J.P.: Raczej tak! Wychodzę z założenia, że nie należy walczyć z rynkiem. Najlepiej sprzedają się rozmiary 34 i 36, pewnie niełatwo w to uwierzyć, ale tak jest. Mało tego, czasem nasze sukienki o rozmiarach 36 na wiele naszych klientek są za duże. Polki zwłaszcza te bardzo młode, są niezwykle szczupłe mają często 60 cm w talii. Musimy patrzeć komercyjnie.

J.K.: Kto u Pani kupuje?

J.P.: Hanna Lis, Aldona Wejchert, Małgorzata Socha, Edyta Górniak, ale przede wszystkim wiele nowoczesnych, znających swoją wartość kobiet, które szukają połączenia stylu, jakości i wygody.

J.K.: Czy pytanie o ceny jest taktowne?

J.P.: Trudno mówić o cenach w sytuacji, gdy my nigdy niczego nie kopiujemy, tak jak to robi w większość firm odzieżowych. Zespół i edukacja kosztują bardzo dużo: przyjeżdżają do nas konstruktorzy z Londynu, Paryża, Włoch i nas uczą. Pierwszy prototyp robimy tak długo aż jest idealny z każdego punktu widzenia także proporcji a to wszystko kosztuje.

J.K.: Stawia sobie Pani niemal tak wysokie wymagania jak Cristobal Balenciaga, który czasem po 12 godzin, przez dwa dni, poświęcał krojowi jednej sukienki. Czy w tej sytuacji ma Pani czas obserwować, co się dzieje w modzie?

J.P.: Oczywiście, wyjeżdżam często, czasem nawet trzy razy w tygodniu.

J.K.: Interesuje Panią kariera zagraniczna czy krajowa?

J.P.: Zdecydowanie stawiam na świat, ale Polska zawsze będzie najważniejsza. Jesteśmy już obecni w Mediolanie w butikach Ekscelcior i Antonio, w Londynie w Harrodsie. W Polsce mamy swoje salony w: Warszawie, Gdyni, Wrocławiu i Katowicach.

J.K.: Czy według Pani moda jest sztuką?

J.P.: Myślę, że należałoby o to pytać w odniesieniu do poszczególnych projektantów np. John Galliano, o którym zostało już tylko wspomnienie, był mistrzem w tworzeniu prawdziwej sztuki. Tak samo, jak Karl Lagerfeld, który podczas Paryskiego Fashion Week zaprezentował w Grande Pale, rzeźby z olbrzymich butelek perfum.

J.K.: Co Pani sadzi o show - biznesie modowym, jak długo jeszcze może ten teatr trwać?

J.P.: Modę kochają teraz wszyscy. Martwi mnie tylko to, że na jej temat wypowiadają się autorytatywnie ludzie, którzy nie mają o tym bladego pojęcia a media często te ich wypowiedzi powielają. Ważne by się umieć nie przejmować bezsensowną krytyką. To jest smutne, że u nas nie jest tak jak na całym świecie, gdzie dziennikarze i kreatorzy stanowią często wyrocznię i oni udzielają wywiadów.

J.K.: Skąd pani czerpie energię?

J.P.: Myślę, że trzeba się z nią urodzić albo się to ma albo nie. Ale u mnie powstaje też z wiary w siebie z optymizmu, z tego, że nie daję się łatwo zbić z tropu i wierzę w to, co robię.

J.K.: Pamiętam, że, Stephane Rolland, Pani ulubiony projektant, kiedy w 1995 roku przyjechał do Polski, rozmawiając ze mną powiedział:, że „praca każdego projektanta to długa podróż, przeplatana marzeniami, wysiłkiem, poszukiwaniami, gniewem, wątpliwościami i radością...”
Dziękując za rozmowę, życzę by, przez następne lata nadal dopisywała Pani niezwykła energia i radość z tworzenia…
Egoistycznie, przy okazji, życzę też sobie, by w wyobraźni Pani, narodził się nowy wariant sukienki z marzeń, ale tym razem, na większe rozmiary, co umożliwiłoby wreszcie osobom o pełniejszych sylwetkach, wyglądać modnie i nie nosić bezkształtnych, bawełnianych worków.